piątek, 31 maja 2013

Opętanie



Wiele słyszałam o książce Opętanie autorstwa A.S. Byatt, aż w końcu postanowiłam zakupić. Nagroda Bookera to już wystarczająca rekomendacja. Gdybym zobaczyła w księgarni okładkę, uznałabym tę książkę za zwykłe romansidło i pewnie pominęła. Na szczęście blogi są wielką wskazówką w doborze lektur.

Każdy z badaczy, który zajmuje się odkrywaniem przeszłości, czy to historycznej czy literackiej natrafiając na zupełnie nowy wątek czuje pewne podekscytowanie i emocje. Raz udało mi się natrafić w archiwum na coś, co wywołało takie właśnie uczucie. Pamiętam swoje zadowolenie w tej chwili:-)

Takiego odkrycia dokonuje Roland Mitchell, który zajmuje się badaniem twórczości Rolanda Henre'ego Asha - angielskiego poety z XIX wieku. W Bibliotece Londyńskiej natrafia na list do nieznajomej kobiety, choć poeta uchodził za nudnego małżonka. Po odkryciu, że jest nią Christabel La Motte, mało znana poetka, która przez badaczy uznana jest za przewodniczkę feministek i lesbijek. Wraz z Maud Bailey, która zajmuje się twórczością La Motte postanawiają rozwikłać zagadkę tajemniczych listów. Z wielką przyjemnością czytałam jak prowadzą badania, jak odkrywają kolejne wątki, odbywają literackie podróże śladem poety i dochodzą do zaskakujących odkryć, których jednak nie będę zdradzać. W pewnym momencie akcja zaczyna toczyć się dwutorowo, przenosi się w świat poetki i poety. Czytamy ich listy, a nawet utwory. Jesteśmy  w XIX wieku i  odkrywamy tajemnicę razem z Rolandem i Maud, będąc jednocześnie świadkami ich skomplikowanej relacji. Dodam jeszcze, że w powieści jest jeszcze dwóch naukowców interesujących się Ash'em i zaczyna się swoisty wyścig, kto pierwszy dokona odkrycia tajemnicy przed światem.

Wielkim smaczkiem powieści są literackie aluzje, które spotykamy na każdej stronie. Autorka musi mieć niesamowitą wiedzę, a ja zostałam wpędzona w kompleksy! Nazwisk, tytułów i odwołań mamy całe mnóstwo. To naprawdę uczta intelektualna, choć wymagająca. Nie jest to książka łatwa. Autorce udało się połączyć wciągające czytadło z wielką erudycją i niełatwym zadaniem dla czytelnika. Myślę nawet, że w pewnym momencie możemy poczuć się znużeni wywodami filozoficznymi, których nie brakuje w listach pary, ale bez nich książka byłaby o wiele uboższa. 

Podsumowując, to wielkie dzieło, choć niełatwe i wiele wymagające od czytelnika. 

niedziela, 19 maja 2013

Własny ekslibris

Witajcie,

Długo nic nie pisałam w Literackim Zakątku, co nie znaczy, że nie czytam. Wręcz odwrotnie, ale czasu na recenzje brak. Teraz jednak obiecuję poprawę:-) Przede wszystkim wszystko co napisałam w poprzednim poście na temat Jeżycjady powinnam wykasować! Drodzy Czytelnicy - uwielbiam Borejków! Ponieważ musiałam przeczytać do pracy kolejne części, dałam tej serii drugą szansę i naprawdę chyba teraz zaczynać doceniać i rozumieć ten fenomen. Z wielką przyjemnością przeczytałam Wasze komentarze i wspomnienia pod poprzednim postem. Żałuje teraz, że moje czytelnicze dorastanie minęło bez kolejnych części Jeżycjady:-( Wiem też w czym był problem. Najmniej ciekawa wydaje mi się nadal Szósta klepka i po niej zniechęcałam się do kolejnych. Teraz przeczytałam 5 części i mam zamiar kolejne, już dla samej siebie.
Ale dziś o nie o tym miało być. 



Ten post miałam w głowie już od dawna, ciągle jednak coś mi przeszkadzało. Ostatnio jednak w porannej audycji w radiowej Trójce poruszono temat ekslibrisów. Czy dziś jeszcze takie oznaczanie książek funkcjonuje? Kiedyś każdy bibliofil posiadał swój własny ekslibris. Wielkie rody szlacheckie posiadające domowe biblioteki miały swoje znaki własnościowe, najczęściej były to herby rodowe wplecione w motywy roślinne. Biblioteka pałacowa, którą zajmuję się w ramach swojej pracy doktorskiej również posiadała ekslibris, zachowany do dziś, co mam nadzieję, pomoże mi zlokalizować cześć zbiorów.  Najstarsze ekslibrisy pochodzą już z XIV wieku, najczęściej występowały w formie małych karteczek wklejanych w książkę lub w formie pieczęci. Są one wyrazem dbałości o księgozbiór i szacunku wobec książek. Ma on za zadanie ochronić księgozbiór przed  kradzieżą i zagubieniem, a także zmotywować do terminowego zwrotu pożyczonej książki.

Do swojego, gromadzonego powoli księgozbioru staram się podchodzić bardzo poważnie. Dbam o nie, staram się aby były sensownie ułożone, kiedyś miałam w planie je nawet skatalogować. Mam znajomego, który ma w domu ułożony księgozbiór według UKD:-) Zdarza się, że pożyczam książki, które do mnie nie wracają, co jest dla mnie bolesną stratą, bo do swoich książek się przywiązuje. Dlatego też posiadanie własnego ekslibrisu było dla mnie bardzo ważne. Wraz założeniem Literackiego Zakątka powstał mój ekslibris. Jak zwykle mogłam liczyć na Karolinę, która go dla mnie zaprojektowała. Zdecydowałam się na formę pieczątki i teraz każda nowa książka ma swoje oznaczenie, a jednocześnie na bieżąco stempluje resztę. 


Ekslibris jest bezpośrednio związany z blogiem, posiada również moje inicjały. Jest prosty w formie. 


Pieczątka koniecznie miała być drewniana:-) Ale oczywiście można wybrać sobie bardziej ozdobne stemple. Polecam firmę MAX , gdzie ja zamówiłam swoją pieczątkę. 


Według tego co można było usłyszeć w Trójkowej audycji dziś mało osób decyduje się na własne ekslibrisy.  Myślę, że to dlatego, że w ogóle mało osób zbiera i tworzy własne księgozbiory. Ja Was zachęcam do takiej dbałości o książki, będzie to namacalna pamiątka dla potomnych, a tym samym zgromadzony przez nas księgozbiór nie będzie zapomniany. 


Pozdrawiam!