środa, 5 grudnia 2012

Ziemiański dwór według pór roku -zwyczaje w dawnej Polsce - zima. Cześć I.

        Gdybym mogła przenieść się w czasie i móc wybrać epokę, w której chciałabym żyć to na pewno byłby to wiek XIX. Najlepiej zamieszkałabym w angielskim dworze i niczym bohaterki powieści Jane Austen czy sióstr Bronte wiodła życie arystokratki. Choć z drugiej strony myślę, że życie w polskim dworze  musiało być niezwykłe. Choć w historii to jeden z najtrudniejszych okresów, to jednocześnie jeden z najbardziej niezwykłych. Wielką historię znany lepiej lub gorzej. Mnie jednak bardziej interesuje życie codzienne polskiego ziemiaństwa.


          Przyczynkiem dzisiejszego postu jest książka Mai Łozińskiej zatytułowana "W ziemiańskim dworze". Konstrukcja książki podporządkowana jest cyklowi zmieniających się pór roku, bowiem podkreśla to naturalny i nierozerwalny związek z przyrodą wiejskiego życia we dworze, prac rolniczych i świąt. Ma ona charakter popularnonaukowy, czyta się ją znakomicie, bowiem nie jesteśmy męczeni naukowymi opisami, a raczej ciekawostkami i fragmentami wspomnień mieszkańców dworu. Podział na poszczególne pory roku pozwala poznać dokładnie życie ziemian, ich zwyczaje, kulinaria, rozrywki, przygotowania do Świąt i łatwo przekonać się, że co prawda wystawne było to życie, jednocześnie jednak zgodne z rytmem przyrody i proste zarazem. Pomyślałam sobie, że nie będzie to zwykła recenzja książki, pojawiała się ona na rynku w 2010 roku, być może niektórzy z Was mieli okazję się z nią zapoznać. Chciałabym również pójść zgodnie z porami roku i przedstawić Wam najważniejsze zwyczaje ziemiańskiego dworu.
 Zaczniemy od zimy, którą zostanie podzielona na trzy posty. Wiosną pojawi się kolejny post cyklu
i analogicznie kolejny latem i jesienią.
            Miałam okazję dwa lata temu odwiedzić jeden z małopolskich dworów, było to właśnie zimą. Padał gęsty śnieg, a mnie czekało przekopywanie się przez stertę domowej dokumentacji. Temperatura zarówno na zewnątrz, ale i  w środku nie zachęcała do pracy. Jednak to co zobaczyłam i odkryłam totalnie mnie zaskoczyło. To była niezwykła lekcja historii, śmiem nawet twierdzić, że najlepsza do tej pory.  Do dziś zamieszkują dwór potomkowie jednego z najznakomitszych rodów Polski. Wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z książki Łozińskiej. Nawet choinka zupełnie nie przypominała obecnych. I aż dziw bierze, że dwór położony jest w samym centrum Krakowa. Poczułam niezwykłą atmosferę tego miejsca.Wtedy zaczęła się moja miłość do ziemiaństwa i zaprowadziła mnie ona do studiów doktoranckich. To moje kilka zdjęć z tego miejsca:
Dwór dziś. 


Wnętrze i wspomniana choinka


Zilustrowana wersja dworu w Olszy


Krystyna i Jerzy Potoccy, fot. Wojciech Plewiński
Fortepian stoi do dziś.


 I ten magiczny sufit:


Nie mogę sobie darować, że nie zrobiłam zdjęcia bibliotece....

                       Zima w ziemiańskim dworze cz.I
( na podstawie książki Mai Łozińskiej-W ziemiańskim dworze. Wyd. PWN, 2010)

          Zimy w XIX wieku zupełnie nie przypominały tych obecnych. Były mroźne, śnieżne, często dwór zostawał odcięty od reszty świata. Z niecierpliwością czekano na Boże Narodzenie. Wtedy to wszyscy zjeżdżali się do domu. Studenci wracali z uniwersytetów, uczniowie ze szkół, przyjeżdżali dawno nie widziani krewni z miast. Dwór zaczynał żyć! Przygotowania do świąt zaczynały się już z początkiem grudnia. Wraz z początkiem adwentu kończyły się wszelkie bale, przyjęcia, a wszyscy uczęszczali na roraty, odprawiane przed świtem, na które często aby dotrzeć musiano iść w mroku przez ogromne śniegi. Wyobraźcie sobie, że dzieci w dorosłym życiu wspominały to z wielką radością, a kościół był wypełniony po brzegi. 
            Już w pierwszych dniach grudnia dzieci przygotowywały pierwsze ozdoby choinkowe. Klejono łańcuchy, malowano szyszki i orzechy włoskie. Choinkę ozdabiały też wszelakie smakołyki:  jabłka, figi, cukierki, pierniki.  Już  wtedy nawoływano do tego, aby były to polskie ozdoby. Bardzo popularne były też ozdoby z opłatka. Choinkę ubierano w dzień wigilijny. Musiała być ogromna, pachnąca i świeża.
          Tradycją było, że obdarowywani prezentami byli wszyscy mieszkańcy, w tym także służba i mieszkańcy folwarków, oczywiście najważniejsze były dzieci. Identycznie jak dziś, Mikołaj pojawiał się 6 grudnia, a często przebierał się za niego pan domu. Zostawiał obok łóżek paczki ze słodyczami.
                Kuchenne przygotowania trwały cały miesiąc. Obowiązkowa była wędzarnia, miała kształt stożka, z wykopanym ogniskiem pod ziemią. Najczęściej wędzono różnego rodzaju polędwice, karpie, kiełbasy, boczek. Często wykorzystywano gałązki jałowca, które nadawały potrawom niezwykłego smaku. Dzieci zaś pomagały w pieczeniu słodkości, pierników, ciastek, makowców, strucli jednocześnie oblizując łyżki:-) Kuchnia w ogóle stanowiła jeden z najważniejszych aspektów życia ziemiańskiego. Mówiło się nawet, że bankrutem był ten, który zwalniał kucharza. Najbogatsi mieli u siebie kucharzy pochodzących z Francji. W bogatych dworach ziemianki nie angażowały się w pracę kuchni, jedynie omawiali menu z kucharzem. Z czasem zaczęło być w modzie zajmowanie się kuchnią, zbieranie przepisów, układanie jadłospisu, planowanie wydatków itd.
               Wigilia tradycyjnie była postna, a najważniejszy był karp, kupowany od żydowskich dostawców. Mężczyźni z samego rana udawali się na polowanie, któremu przyświecał św. Hubert. Jeśli polowanie było owocne, to można było liczyć na pomyślność przez cały rok. Kiedy zapadał zmierzch i panowie wrócili już z polowania zasiadano do wieczerzy. Snopki niemłoconego zboża przewiązywano sznurkiem i stawiano w rogach pokoju, co miało zapewnić dobre plony w nadchodzącym roku, ale także przypominać o narodzeniu Jezusa w stajence na sianie. Na stole pojawiała się odświętna zastawa, najlepiej biała ze złoconym brzegiem. Modne była porcelana np. z Ćmielowa czy Wałbrzycha. Często też zmieniano sztućce po każdym posiłku, które służące donosiły. Tradycyjnie zostawiano puste nakrycie. Opłatkiem dzielono się najpierw ze służbą, a potem z domownikami i gośćmi. Miejsca przy stole były zajmowane według hierarchii w rodzinie i dbano aby była parzysta ilość osób, bo inaczej ktoś nie dożyje kolejnej wigilii. Obowiązkowo musiało być dwanaście potraw, wśród których były: barszczyk czerwony z uszkami, grzybowa bądź migdałowa. Ryby, np. lin w galarecie, smażony karp, szczupak. Potem gołąbki z kapusty z kaszą gryczaną i grzybami, pierożki z grzybami, kompot z suszonych śliwek, kutia. Następnie był deser, czyli ciasta: piernik na miodzie, makowiec, a na koniec bakalie. Pito wodę lub wina podawane w ozdobnej karafce. Po kolacji dzieci mogły już otworzyć prezenty, czekające na nich pod choinką. Śpiewano kolędy przy akompaniamencie skrzypiec lub fortepianu. Zakończeniem wieczoru była pasterka. Gospodarze prześcigali się w dotarciu do kościoła, bowiem kto pierwszy przekroczył prób miał mieć zapewnione dobre plony w gospodarce. Święta były niezwykle mocno oczekiwanie we dworze. Po tragedii rozbiorów miały one wymiar symboliczny. Jednoczyły, dawały poczucie polskości i dawały nadzieję, że przetrwanie w tych trudnych czasach.
           
                       Poranek w Boże Narodzenie....-  o tym w następnym poście. Zapraszam!

I moje myśli coraz częściej krążą wokół Świąt, stąd nowy, zimowy banerek,który zawdzięczam oczywiście Karolinie:-) Dziękuję!
    

14 komentarzy:

  1. Bardzo lubię takie książki... Kiedy czasami zdarza mi się rozważać, jak wyglądałoby moje życie w przeszłości, moja mama ze śmeichem ripostuje "a skąd wiesz, że byłabyś szlachcianką?" Racja! A bycie chłopką w tamtych czasach byłoby straszne :( Czytać bym nie umiała lub nie mogła... Nie, dziękuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale świetny komentarz:-) Masz rację, być szlachcianką to byłoby coś, ale ja mam w pamięci również chłopki i ich los...
      pozdrawiam!

      Usuń
    2. Ja bardzo żałuję, że urodziłam się tak późno, bo już pod koniec 20 w. Zawsze chciałam - i gdyby był taki wehikuł czasu, to chętnie wsiadłabym do niego i przeniosła się w tamte magiczne czasy XIXw., gdy mężczyźni mieli dobre maniery, wszyscy byli eleganccy i kulturalni. Nostalgia i tęsknota za tamtymi czasami. No, ale oczywiście też byłabym jakąś arystokratką, a przynajmniej szlachcianką. Bardzo lubię filmy kostiumowe pokazujące tamte czasy, np. Rodzina Połanieckich czy choćby Lalka.. Bierze człowieka smutek i żal,że tamte czasy minęły bezpowrotnie, a dziś ludzie już nie mają klasy, a tzw. mężczyźni nie umieją zachować się w towarzystwie kobiet. Wsiądźcie do pełnego autobusu i zobaczcie ilu się poderwie i zaprosi do zajęcia miejsca. ...Jest więc za czym tęsknić i czego żałować.

      Usuń
  2. Raczej nie sięgam po książki popularnonaukowe, ale ta mnie bardzo zaciekawiła. Sprawdzałam w bibliotece i mogłabym ją wypożyczyć, ale mam ochotę mieć ją na półce w domu. Już chyba wiem o co poproszę świętego mikołaja:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taką książkę warto mieć w domu, choćby ze względu na zdjęcia. Oddają klimat!
      pozdrawiam!

      Usuń
  3. Bardzo podobają mi się Twoje recenzje ,są takie z duszą, klimatem i czytając odnoszę wrażenie jakbyś pisała bezpośrednio do mnie:) Jestem zachwycona !!!Cieszę się bardzo z tego,że zdecydowałaś się prowadzić ten blog.
    Co do książki to lubię takie,nie słyszałam o niej wcześniej ,a teraz wiem,że muszę ,no MUSZĘ ją mieć:),więc znalazła się w czołówce na mojej liście książek do kupienia.
    Serdeczności.
    Agnieszka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak miłe słowa!Nie spodziewałam się,że komuś spodoba się moje pisanie, ale to znaczy, że jest SENS!
      Zapraszam zawsze bardzo serdecznie!

      Usuń
  4. Niesamowity dworek, może jeszcze coś na jego temat napiszesz? A książka Łozińskiej "W ziemiańskim dworze" bardzo mi się spodobała, wspaniale jest tak sobie poczytać o dawnych tradycjach, niesamowite, ile sie do tej pory zachowało....

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na temat samego dworku i tej rodziny pojawi się wiosną mój artykuł na łamach "Wiadomości ziemiańskich, ale mam nadzieję, że i tutaj znajdzie się ku temu okazja:-)
      pozdrawiam!

      Usuń
  5. Miałam identyczne refleksje jak Juka. Poza tym wydaje mi się, że pomimo magicznego klimatu, jaki panował w ziemiańskich dworkach, życie tych ludzi nie było najłatwiejsze. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, o ilu zdobyczach nauki, np. medycyny ówcześni nie wiedzieli. Ale nas dziś fascynuje przede wszystkim ta magia i tradycja, czyli jasna strona życia. To dobrze, że chcemy o tym pamiętać i pielęgnować naszą tożsamość narodową.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu masz rację!
      To były ciężkie czasy, choć życie wydawało się prostsze niż teraz!Mnie fascynuje poszanowanie tradycji, teraz tego mi najbardziej brakuje!]
      pozdrawiam!

      Usuń
  6. Olu dzięki Twoim recenzjom czytam książki na które wcześniej pewnie bym nie spojrzała (choć uwielbiam czytać). Róża z Wolskich była wspaniała, w zniecierpliwieniu czekam na II tom. A teraz narobiłaś mi ochoty na następną lekturę i będę musiała się w nią zapatrzeć, choć w tym miesiącu chyba już wyczerpałam limit na zakup książek. pozdrawiam Cie ciepło

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny post :) Książkę czytałem dwa razy i ciągle mam niepohamowaną ochotę, żeby przeczytać ją po raz kolejny. W tym klimacie polecam Ci "W salonie i w kuchni" Elżbiety Koweckiej. Czytałaś może?

    OdpowiedzUsuń
  8. Każdy może zamieszkać w dworku. Nie można się bać własnych marzeń. Polecam w chwili wolnej zajrzeć na stronę www.zamieszkacwdworku.pl lub na powiązany z nią funpage na FB.
    H.M.

    OdpowiedzUsuń