niedziela, 30 grudnia 2012

Literackie podsumowanie roku 2012 i książkowe nowości

Nie mam w zwyczaju robić corocznych czytelniczych podsumowań, ale prowadzenie bloga zobowiązuje. To jednak dopiero moje początki i nie zapisywałam tytułów od początku roku. To co potrafię przywołać z pamięci to późna wiosna i  lato, które upłynęły pod znakiem kryminałów, w szczególności Millenium Larssona i  całej serii Camilli Lackberg. Czytelniczy rok także zakończyłam kryminałem Lackberg: Śnieżna zamieć i woń migdałów.  Później nastąpiła pewna stagnacja czytelnicza, bo musiałam przygotować się do egzaminu. Jesienią jednak ze zdwojoną siłą wróciłam do czytania i efekty prezentowałam w kolejnych postach. Na blogu nie umieściłam recenzji wszystkich przeczytanych książek. W nowym roku zamierzam się poprawić i skrupulatnie odnotowywać wszystkie  tytuły, a także wrócić do książek przeczytanych wcześniej. Przełomowym momentem tego roku było podjęcie decyzji o założeniu bloga. Czytam uważniej, na bieżąco notuję przemyślenia i refleksje, które potem trafią do notki. Poza tym czytanie blogów znacznie rozszerzyło moją wiedzę o nowościach, wzbogaciło moją półkę i zrujnowało mój portfel:-) Ciągle chcę czytać więcej i więcej! A stosik nieprzeczytanych książek rośnie. Myślę, że na najbliższy rok mam zapewnioną lekturę.

W tym roku całkowicie uległam elektronicznemu czytaniu i zaprzyjaźniłam się z czytnikiem Kindle. Zeszłoroczny prezent dla Męża okazał się niespodziewanym prezentem dla mnie samej. Nie czas rozstrzygać o wyższości papierowej książki nad elektroniczną i odwrotnie, myślę, że poświęcę temu osobny post.

Ponadto podjęcie przeze mnie studiów także przyczyniło się do tematyki czytanych książek. Z przyjemnością czytam o ziemiaństwie, przemykam literaturę popularnonaukową usprawiedliwiając sama siebie, że takową wiedzę też muszę mieć. Przede mną jednak rok, który w znacznej mierze muszę poświęcić książkom naukowym. Dlatego też postanowiłam dawkować sobie czytanie dla przyjemności, a przede wszystkim skupić się na książkach potrzebnych do pracy.

Niemniej jednak zakupy książkowe poczyniłam. Sprawiłam sobie prezenty świąteczne i w ciągu najbliższych miesięcy nie zamierzam kupić żadnej nowej książki. A stosik prezentuje się następująco:


Od dołu:

1.Opowiadania nowojorskie - Henry James - spełnione marzenie w prezencie od Męża:-)
2.Dziewczyna w błękitnej sukience - Gaynor Arnold - opowieść o prywatnym życiu Catherine i Charlesa Dickensów.
3. Profesor - Charlotte Bronte - pierwsza powieść Charlotte Bronte, wydana już po jej śmierci. Głównym bohaterem i narratorem jest młody nauczyciel w szkole z internatem dla dziewcząt.
4.Córka markizy - Laurel Corona - XVIII Francja- czego chcieć więcej:-)
5.Agnes Grey - Anne Bronte - o trudach bycia guwernantką w wiktoriańskiej Anglii.
6.Trafny wybór - J.K.Rowling - tej książki chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jako antyfanka Harry Pottera, chcę przekonać się do Pani Rowling za pomocą tej powieści...zobaczymy:-)
7.Żony i córki - Elizabeth Gaskell - saga rodzinna i wiktoriańska Anglia - to połączenie idealne.
8.Północ i południe - Elizabeth Gaskell -i ponownie szerokie tło społeczno - obyczajowe i XIX Anglia to jest to co lubię najbardziej:-)
9.W komnatach Wolf Hall- Hilary Mantel - ponowna zwyciężczyni nagrody Bookera, coś musi w tym być, że Hilary Mantel jest numerem jeden:-)

A na półce nocnej czeka obecnie Lokatorka Wildfell Hall - Anne Bronte, tym razem upolowana w bibliotece uniwersyteckiej.

Właśnie zdałam sobie sprawę, że moje wybory czytelnicze są dosyć monotonne. Anglia, XIX wiek, powieści obyczajowe - coś w tym jest:-)

A Wy co planujecie czytać w Nowym Roku?

Wszystkim czytelnikom Literackiego Zakątka życzę dobrych wyborów czytelniczych w Nowym Roku i czasu na czytanie! 

Muszę jeszcze wspomnieć, że Literacki Zakątek zawitał na Facebook. Zapraszam o tu (klik)

Pozdrawiam ciepło!
Ola

sobota, 29 grudnia 2012

Z wizytą w Siedlisku

         Jak wspominałam w poprzednim poście  tegoroczne święta upłynęły pod znakiem  "Siedliska" Janusza Majewskiego. O ile pierwszą cześć czytałam kilka dni, to drugą kilka godzin. O tych pozycjach słyszałam wiele dobrego, a ponieważ podświadomie marzę o wyprowadzce z miasta i zamieszkaniu na wsi, najlepiej górskiej lub mazurskiej tym bardziej sięgnęłam po "Siedlisko". Lubię poczytać o życiu z dala od miasta, gdzie czas biegnie zupełnie inaczej. Autor Janusz Majewski - znakomity reżyser, mąż fotografki Zofii Nasierowskiej cześć pierwszą napisał na podstawie scenariusza serialu obyczajowego pod tym samym tytułem, gdzie główne role zagrali: Anna Dymna i Leonard Pietraszak. Własne doświadczenia i refleksje przeniósł na karty powieści, oddając klimat polskich Mazur. Z kolejnymi stronami odkrywamy, że  miejsce, ludzie, wydarzenia są tylko tłem, prawdziwą bohaterką książki jest miłość dwojga dojrzałych ludzi. 
       On - Krzysztof - profesor medycyny, teoretyk, troszkę nieporadny, ale z wielkim urokiem osobistym i niezwykłym poczuciem humoru. Ona- Marianna - artystka, malarka, choć doskonale zorganizowana, twardo stąpająca po ziemi. Otrzymują w spadku posiadłość na Mazurach, która wymaga generalnego remontu, aby w ogóle zacząć myśleć o zamieszkaniu. Podczas pierwszego pobytu oczarowani miejscem postanawiają porzucić Warszawę. Z czasem i pomocą najbliższych otwierają pensjonat i coraz bardziej odnajdują się w lokalnej społeczności, która czasem potrafi zajść na skórę. Możemy pomyśleć - jakże znany motyw, spadek na Mazurach, porzucenie dotychczasowego trybu życiu, pensjonat itd...Takich książek w ostatnich latach powstało wiele, ba można nawet zauważyć swoistą modę na taką tematykę. Szkoda tylko,że w życiu tak rzadko otrzymujemy takie spadki:-) a i ot tak nie zmieniamy swojego życia. I w pewnym sensie "Siedlisko" dołącza do grona tych właśnie powieści, jednak w swoim osobistym rankingu stawiam ją znacznie wyżej niż pozostałe. 
         W końcu! przeczytałam o dojrzałej miłości. Takiej prawdziwej, czasem nawet bolesnej. Bo przecież po 30 latach małżeństwa nie spijamy sobie miodu z ust i nie trzymamy się non stop za ręce. Taka miłość jest trudniejsza, wymaga pracy i starań. Myślę, że nawet bardziej niż ta całkiem świeża. Marianna z zazdrości o młodą doktorantkę potrafi zawalczyć o męża (choćby gubiąc zbędne kilogramy), a Krzysztof swoim specyficznym poczuciem humoru nie raz rozładowuje napięcie. Ta książka pokazuje, że o związek trzeba walczyć, że nic nie jest dane za zawsze. Jednocześnie pokazuje siłę uczucia  i piękno cielesności.


           "Siedlisko" to książka o codzienności, nie oczekujmy spektakularnych wydarzeń, zwrotów akcji. Czasem nawet możemy przez moment doznać znużenia. Miałam taką refleksję, że cześć pierwsza jest przegadana. Dialogi czasem zbyt chaotyczne. Na szczęście cześć druga "Zima w Siedlisku" to wrażenie zatarła. Marianna musi stawić czoła zupełnie nowej sytuacji i to ona staje się główną bohaterką. Poznajemy historię ich związku i okazuje się, jak silną osobowością jest Kalinowska. W obliczu osobistej tragedii nie poddaje się i wychodzi z żałoby po Krzysztofie. Bo cześć druga to właśnie opowieść o stracie, żałobie i wychodzeniu z niej, o powrocie do nowego życia.
Teraz mam wielką ochotę na serial, jak czas pozwoli na pewną wrócę na Mazury, obejrzeć tamtejsze krajobrazy.Chętnie poczytałabym więcej o codziennych czynnościach w pensjonacie i perypetiach z gośćmi, o czym na szczęście autor wspomniał w drugiej książce, a czego brakło mi w pierwszej części. 

W następnym poście spróbuję podsumować mój czytelniczy rok 2012, a także pokażę Wam moje nowe książkowe zdobycze:-)
          

piątek, 21 grudnia 2012

Świąteczne czytadła i Boże Narodzenie w ziemiańskim dworze

Postanowiłam ostatnio, że przestanę do pociągu zabierać beletrystykę a zacznę literaturę fachową. Bądź co bądź trzeba się zabrać do pracy i systematycznie uzupełniać swoją wiedzę. Poza tym w lutym czeka mnie dosyć trudny egzamin, bo mój humanistyczny umysł z trudem przyswaja teorie logiki i skomplikowane wzory. W swym postanowieniu wytrwałam zaledwie kilka dni i kiedy otrzymałam zamówioną książkę "Siedlisko" Janusza Majewskiego, od razu włożyłam ją do torebki i notatki zostały w domu.  

Na tegoroczne święta zabieram ze sobą trzy książki, w tym jedną wersję Kindlo'wą. 

Zacznę od wspomnianego już Siedliska, bo koniecznie chcę przeczytać w ten zimowy czas część drugą, czyli Zima w Siedlisku. Lubię jak aura w książce odpowiada tej na zewnątrz, a jeszcze lepiej jak to jest zima:-)







A na sam koniec zostawiam sobie drobinkę, czyli Śnieżna zamieć i woń migdałów Camili Lackberg. Takie mam plany czytelnicze na najbliższe dni. Potrzebuję wyciszenia i mam nadzieję, że oba Siedliska mi tego dostarczą, a kryminał lubię zawsze:-)




Obiecałam Wam część dalszą ziemiańskiego świętowania i na szczęście zdążyłam...

     To szczególne święto obchodzone było niezwykle w ziemiańskim dworze. Pasterka kończyła post. Niektórzy nie czekali ze śniadaniem do poranka, lecz zasiadali do stołu już po powrocie z nocnej mszy. Pierwszy dzień świąt witano obfitym śniadaniem, na stole znajdowały się wszelakie kiełbasy, rolady, pasterze. Następnie już w salonie podawano zakąski wśród których znajdowały się takie rarytasy jak sardynki, homary, a także kawior. Następnie domownicy zasiadali do obiadu, na który podawano bulion z pasztecikami, kiełbasy, kaszanki, polędwica, indyk. Na deser oczywiście lody, bakalie, kawa, herbata. Nie pomijano także kolacji, składającej się z dwóch dań: potrawy mięsnej i słodkiej.
       Nie zapominano również o mszy świętej, w południe była to Suma, po południu Nieszpory Bożego Narodzenia. Drugiego dnia świąt po mszy poświęconej pierwszemu męczennikowi św. Szczepanowi, zaczynały się wizyty, kuligi zwane szlichtadami. Odwiedzano się coraz mniej spontanicznie, częściej były to umawiane wizyty, ale służba musiała być cały czas w gotowości na przyjęcie niespodziewanych gości. Zdarzało się, że goście zostawali na długie tygodnie, bo powrót utrudniała zła pogoda. 
      Tradycyjnie w święta pojawiali się we dworach kolędnicy, którzy ubrani w białe szaty nieśli na długim kiju przymocowaną kolorową gwiazdę wyciętą z papieru. Z zachowanych opisów wiadomo, że zachowywali się głośno i przepytywali z pacierza służbę i dzieci. W pierwszy dzień Świąt odbywało się także przedstawienie "Herody". Wiejscy aktorzy odgrywali rolę biblijnego Heroda, sami szykowali stroje i scenariusz. Każda występująca grupa dostawała od gospodarza pieniądze i niekiedy zdarzało się, że co roku oglądano kilka występów takich zespołów.
     Okres świąteczny kończył się 6 stycznia, czyli w święto Trzech Króli. Dzień ten wolny od pracy, obchodzono bardzo uroczyście. Obowiązkowo pisano  kredą na drzwiach imiona trzech króli, uczestniczono we mszy świętej, a następnie organizowano loterię. Ten kto znalazł w swoim pierniku migdał, zostawał migdałowym królem i do wieczora paradował w papierowej złotej koronie wyjmowanej z kosza na specjalne okazje. Następnego dnia rozbierano choinkę i w tym akcentem kończył się świąteczny czas, wracano do codziennych obowiązków.

Wszystkim czytelnikom Literackiego Zakątka życzę spokojnych, radosnych i niezwykle rodzinnych Świąt!

sobota, 15 grudnia 2012

A w Bullerbyn...

W Bullerbyn zimą wszystkim dobrze się żyje...i dzieciom i wróbelkom, które dostają wtedy snopki siana. Boże Narodzenie to niezwykle wesoły czas dla Britty, Anny, Lasse, Lissy, Bosse, Olle i Kerstin.

Wszystkie dzieci pomagają w przygotowaniach.W zaśnieżonej zagrodzie czuć zapach pieczonych pierników, które przybierają fantazyjne kształty.

 Należy przywieźć drewno na opał, wybrać się do lasu po choinkę, którą na fińskich saniach zawozi się do domu.


    Dzień przed wigilią wszystkie dzieci chodzą od zagrody do zagrody i wyśpiewują życzenia świąteczne.


                                     Trzeba dziadziusiowi pomóc w ubieraniu choinki....

                            I z niecierpliwością oczekiwać wigilijnego poranka....


                       Dzieci pamiętają, aby każdemu dać upominek w tej wyjątkowy dzień...

               I gdy zaświeci pierwsza gwiazdka zasiadają do wigilijnej kolacji z całą rodziną.

                          Śpiewają kolędy i oczekują na przyjście Mikołaja z prezentami...

                           A potem można tańczyć i radować się z narodzin Jezusa Chrystusa...

                             Następnego dnia wszyscy wybierają się saniami na poranną mszę...

                 A po południu jest czas na śniegowe szaleństwa...dzieci wyciągają sanki, narty....

                                 A wieczorem bawią się radośnie u Britty i Anny....


Boże Narodzenie w Bullerbyn.
Astrid Lindgren, Ilon Wikland
Wyd. Zakamarki, 2007

.

niedziela, 9 grudnia 2012

Miesiąc z Jane Austen - Emma

  
         Kiedy przewróciłam ostatnią stronę "Emmy", pomyślałam sobie, co za irytująca z niej kobieta! Irytująca, a zarazem intrygująca i na pewno już nie zasłużyła na szlachetnego Pana Kinghley'a. Ale może po kolei.
      "Emma Woodhouse, osóbka piękna, mądra i bogata, posiadająca wygodny dom i miłe usposobienie, zdawała się być obdarzona najcenniejszymi bodaj darami  losu" - tak brzmi pierwsze zdanie. Ja bym je zmieniła na "Emma Woodhouse - egoistyczna manipulantka ludzkimi uczuciami. I choć zdawało jej się, że doskonale zna uczucia wszystkich osób, to za każdym razem myliła się, nawet jeśli chodziło o nią samą. Emma mieszka ze swoim ojcem, Panem Woodhouse w Hartfield. Czas spędza na odwiedzaniu i przyjmowaniu gości, drobnych domowych czynnościach, a przede wszystkim na swataniu. Jej ofiarą staje się młoda panna Harriet, której najpierw wmówiła uczucie do pana Eltona, a następnie jak jej się wydawało do Franka Churchilla i Pana Kinghley'a. Biedna Harriet jednak za każdym razem jak się okazywało, kochała bez wzajemności.Odrzuciła za to prawdziwe uczucie do pana Martina, o co Emma skutecznie zabiegała, tłumacząc to oczywiście różnicami nie do pogodzenia, szczególnie w statusie społecznym. Kolejne nieporozumienia i niedopowiedzenia prowadzą do wielu komicznych perypetii, w końcu jednak do szczęśliwego końca. Każdy odnajduje swoją drugą połówkę, nawet Emma, która zarzekała się, że nigdy nie wyjdzie za mąż. I to mnie tak zirytowało. Moim zdaniem, za to jak postępowała powinna być sama!
      Dziś historia ta zostałaby uznana za zwykły romans. Jednak pióro Jane Austen sprawia, że staje się ona doskonałym obrazem ludzkich uczuć. Tak piękny język jest chyba dziś niespotykany. Dobrze móc przeczytać ją w oryginale, czego ja niestety nie jestem w stanie zrobić i bardzo żałuję! Tak trafnych uwag jak w "Emmie" na temat ludzkiej natury dawno nie czytałam. Zdarzało się, że roześmiałam się głośno i pewnie moi zdezorientowani współpasażerowie w pociągu dziwnie spoglądali:-) Doskonała powieść dla wielbicieli talentu Jane Austen! Cieszę się, że wzięłam udział w wyzwaniu czytelniczym, które zaproponowała Padma z Miasta Książek. To tylko potwierdza, że klasyka jest wciąż warta naszej uwagi, a zalewającej rynek współczesnej literaturze wiele brakuje...

środa, 5 grudnia 2012

Ziemiański dwór według pór roku -zwyczaje w dawnej Polsce - zima. Cześć I.

        Gdybym mogła przenieść się w czasie i móc wybrać epokę, w której chciałabym żyć to na pewno byłby to wiek XIX. Najlepiej zamieszkałabym w angielskim dworze i niczym bohaterki powieści Jane Austen czy sióstr Bronte wiodła życie arystokratki. Choć z drugiej strony myślę, że życie w polskim dworze  musiało być niezwykłe. Choć w historii to jeden z najtrudniejszych okresów, to jednocześnie jeden z najbardziej niezwykłych. Wielką historię znany lepiej lub gorzej. Mnie jednak bardziej interesuje życie codzienne polskiego ziemiaństwa.


          Przyczynkiem dzisiejszego postu jest książka Mai Łozińskiej zatytułowana "W ziemiańskim dworze". Konstrukcja książki podporządkowana jest cyklowi zmieniających się pór roku, bowiem podkreśla to naturalny i nierozerwalny związek z przyrodą wiejskiego życia we dworze, prac rolniczych i świąt. Ma ona charakter popularnonaukowy, czyta się ją znakomicie, bowiem nie jesteśmy męczeni naukowymi opisami, a raczej ciekawostkami i fragmentami wspomnień mieszkańców dworu. Podział na poszczególne pory roku pozwala poznać dokładnie życie ziemian, ich zwyczaje, kulinaria, rozrywki, przygotowania do Świąt i łatwo przekonać się, że co prawda wystawne było to życie, jednocześnie jednak zgodne z rytmem przyrody i proste zarazem. Pomyślałam sobie, że nie będzie to zwykła recenzja książki, pojawiała się ona na rynku w 2010 roku, być może niektórzy z Was mieli okazję się z nią zapoznać. Chciałabym również pójść zgodnie z porami roku i przedstawić Wam najważniejsze zwyczaje ziemiańskiego dworu.
 Zaczniemy od zimy, którą zostanie podzielona na trzy posty. Wiosną pojawi się kolejny post cyklu
i analogicznie kolejny latem i jesienią.
            Miałam okazję dwa lata temu odwiedzić jeden z małopolskich dworów, było to właśnie zimą. Padał gęsty śnieg, a mnie czekało przekopywanie się przez stertę domowej dokumentacji. Temperatura zarówno na zewnątrz, ale i  w środku nie zachęcała do pracy. Jednak to co zobaczyłam i odkryłam totalnie mnie zaskoczyło. To była niezwykła lekcja historii, śmiem nawet twierdzić, że najlepsza do tej pory.  Do dziś zamieszkują dwór potomkowie jednego z najznakomitszych rodów Polski. Wszystko wyglądało jak żywcem wyjęte z książki Łozińskiej. Nawet choinka zupełnie nie przypominała obecnych. I aż dziw bierze, że dwór położony jest w samym centrum Krakowa. Poczułam niezwykłą atmosferę tego miejsca.Wtedy zaczęła się moja miłość do ziemiaństwa i zaprowadziła mnie ona do studiów doktoranckich. To moje kilka zdjęć z tego miejsca:
Dwór dziś. 


Wnętrze i wspomniana choinka


Zilustrowana wersja dworu w Olszy


Krystyna i Jerzy Potoccy, fot. Wojciech Plewiński
Fortepian stoi do dziś.


 I ten magiczny sufit:


Nie mogę sobie darować, że nie zrobiłam zdjęcia bibliotece....

                       Zima w ziemiańskim dworze cz.I
( na podstawie książki Mai Łozińskiej-W ziemiańskim dworze. Wyd. PWN, 2010)

          Zimy w XIX wieku zupełnie nie przypominały tych obecnych. Były mroźne, śnieżne, często dwór zostawał odcięty od reszty świata. Z niecierpliwością czekano na Boże Narodzenie. Wtedy to wszyscy zjeżdżali się do domu. Studenci wracali z uniwersytetów, uczniowie ze szkół, przyjeżdżali dawno nie widziani krewni z miast. Dwór zaczynał żyć! Przygotowania do świąt zaczynały się już z początkiem grudnia. Wraz z początkiem adwentu kończyły się wszelkie bale, przyjęcia, a wszyscy uczęszczali na roraty, odprawiane przed świtem, na które często aby dotrzeć musiano iść w mroku przez ogromne śniegi. Wyobraźcie sobie, że dzieci w dorosłym życiu wspominały to z wielką radością, a kościół był wypełniony po brzegi. 
            Już w pierwszych dniach grudnia dzieci przygotowywały pierwsze ozdoby choinkowe. Klejono łańcuchy, malowano szyszki i orzechy włoskie. Choinkę ozdabiały też wszelakie smakołyki:  jabłka, figi, cukierki, pierniki.  Już  wtedy nawoływano do tego, aby były to polskie ozdoby. Bardzo popularne były też ozdoby z opłatka. Choinkę ubierano w dzień wigilijny. Musiała być ogromna, pachnąca i świeża.
          Tradycją było, że obdarowywani prezentami byli wszyscy mieszkańcy, w tym także służba i mieszkańcy folwarków, oczywiście najważniejsze były dzieci. Identycznie jak dziś, Mikołaj pojawiał się 6 grudnia, a często przebierał się za niego pan domu. Zostawiał obok łóżek paczki ze słodyczami.
                Kuchenne przygotowania trwały cały miesiąc. Obowiązkowa była wędzarnia, miała kształt stożka, z wykopanym ogniskiem pod ziemią. Najczęściej wędzono różnego rodzaju polędwice, karpie, kiełbasy, boczek. Często wykorzystywano gałązki jałowca, które nadawały potrawom niezwykłego smaku. Dzieci zaś pomagały w pieczeniu słodkości, pierników, ciastek, makowców, strucli jednocześnie oblizując łyżki:-) Kuchnia w ogóle stanowiła jeden z najważniejszych aspektów życia ziemiańskiego. Mówiło się nawet, że bankrutem był ten, który zwalniał kucharza. Najbogatsi mieli u siebie kucharzy pochodzących z Francji. W bogatych dworach ziemianki nie angażowały się w pracę kuchni, jedynie omawiali menu z kucharzem. Z czasem zaczęło być w modzie zajmowanie się kuchnią, zbieranie przepisów, układanie jadłospisu, planowanie wydatków itd.
               Wigilia tradycyjnie była postna, a najważniejszy był karp, kupowany od żydowskich dostawców. Mężczyźni z samego rana udawali się na polowanie, któremu przyświecał św. Hubert. Jeśli polowanie było owocne, to można było liczyć na pomyślność przez cały rok. Kiedy zapadał zmierzch i panowie wrócili już z polowania zasiadano do wieczerzy. Snopki niemłoconego zboża przewiązywano sznurkiem i stawiano w rogach pokoju, co miało zapewnić dobre plony w nadchodzącym roku, ale także przypominać o narodzeniu Jezusa w stajence na sianie. Na stole pojawiała się odświętna zastawa, najlepiej biała ze złoconym brzegiem. Modne była porcelana np. z Ćmielowa czy Wałbrzycha. Często też zmieniano sztućce po każdym posiłku, które służące donosiły. Tradycyjnie zostawiano puste nakrycie. Opłatkiem dzielono się najpierw ze służbą, a potem z domownikami i gośćmi. Miejsca przy stole były zajmowane według hierarchii w rodzinie i dbano aby była parzysta ilość osób, bo inaczej ktoś nie dożyje kolejnej wigilii. Obowiązkowo musiało być dwanaście potraw, wśród których były: barszczyk czerwony z uszkami, grzybowa bądź migdałowa. Ryby, np. lin w galarecie, smażony karp, szczupak. Potem gołąbki z kapusty z kaszą gryczaną i grzybami, pierożki z grzybami, kompot z suszonych śliwek, kutia. Następnie był deser, czyli ciasta: piernik na miodzie, makowiec, a na koniec bakalie. Pito wodę lub wina podawane w ozdobnej karafce. Po kolacji dzieci mogły już otworzyć prezenty, czekające na nich pod choinką. Śpiewano kolędy przy akompaniamencie skrzypiec lub fortepianu. Zakończeniem wieczoru była pasterka. Gospodarze prześcigali się w dotarciu do kościoła, bowiem kto pierwszy przekroczył prób miał mieć zapewnione dobre plony w gospodarce. Święta były niezwykle mocno oczekiwanie we dworze. Po tragedii rozbiorów miały one wymiar symboliczny. Jednoczyły, dawały poczucie polskości i dawały nadzieję, że przetrwanie w tych trudnych czasach.
           
                       Poranek w Boże Narodzenie....-  o tym w następnym poście. Zapraszam!

I moje myśli coraz częściej krążą wokół Świąt, stąd nowy, zimowy banerek,który zawdzięczam oczywiście Karolinie:-) Dziękuję!
    

niedziela, 25 listopada 2012

Podróż do dawnego Paryża

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich
Małgorzata Gutowska-Adamczyk
Nasza Księgarnia, 2012, s. 480

Pierwszą powieść Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk zabrałam do szpitala. Myślałam wtedy, że pokaźna rozmiarowo powieść wystarczy na te kilka dni. Jakże się myliłam. Już drugiego dnia  musiałam poważnie ograniczać czytanie, by wystarczyło  na kolejne dni. 

 Ostatnio bardzo modne stały się powieści, w których akcja przebiega dwutorowo i dzieje się dwóch epokach. Jeśli jedną z nich jest wiek XIX, to chwytam w ciemno. O swoim zamiłowaniu do tejże epoki napiszę  w następnym poście. Dlatego też tak bardzo spodobały mi się książki pani Adamczyk. Tutaj również historia z zamierzchłej przeszłości sprawiła mi czytelniczą przyjemność. Prawie zawsze wolę czytać o minionych czasach niż współczesnych. 
Z niecierpliwością czekałam na nową powieść, zatytułowaną "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich". Miasto świateł - oczywiście Paryż. I choć współczesny Paryż wiele już stracił ze swojego dawnego uroku to niezaprzeczalnie jest to niezwykłe miasto! A jaki jest XIX wieczny Paryż - niezwykle trudny do życia, pełen burzliwych wydarzeń, skrajnie biednych ludzi podzielonych na wyraźne kategorie społeczne. Z drugiej zaś strony, co i dziś w Paryżu jest obecne to atmosfera artystycznego światku, wernisaży i Salonów malarskich. Jednocześnie w tym "lepszym" świecie widzimy romanse, nawet pomiędzy kobietami. Arystokracja francuska wiodła naprawdę wyzwolony żywot...Co by na to powiedziała dosyć "sztywna" polska arystokracja? 

 

Ale wracając do książki. Poznajemy Ninę Hirsch, wykładowczynię historii sztuki, która przyjeżdża do Gutowa aby zorganizować pogrzeb swojej ciotki. Zatrzymuje się w pałacu u Igi Toroszyn, teraz jest to ekskluzywny hotel. Znajduje się tam portret Tomasza Zajezierskiego autorstwa Rose de Vallenord, której z kolei w tajemniczych okolicznościach zaczynają ginąć obrazy zgromadzone w muzeach na całym świecie. Iga obawia się o swój portret i postanawia poprosić Ninę o pomoc. W tym momencie losy obu pań łączą się. Z drugiej strony poznajemy losy wspomnianej już Róży, które dla mnie są niezwykle pasjonujące.Róża to niemowa, obdarzona talentem malarskim, nieszczęśliwie zakochana w księciu de Vallenrod. Zgnębiona przez matkę, zresztą podobnie jak Nina. Bohaterki te w pewien sposób są do siebie bardzo podobne. Historia Róży porywa, historia Niny troszkę mniej, choć końcówka pierwszej części daje nadzieję, że jej wątek się może ciekawie rozwinąć. 



Autorka porusza wiele tematów, trudne relacje pomiędzy dziećmi a rodzicami, nieszczęśliwa miłość, trud wybicia się z własnym talentem. Czy dotyczą one XIX wieku czy czasów współczesnych są tak samo aktualne. Powieść czyta się naprawdę znakomicie, ułatwia to całkiem niezła polszczyzna. Zaczynamy żyć życiem bohaterów, a to chyba w powieściach jest najważniejsze. Teraz pozostaje nam czekać kolejny rok na część drugą. Wiem,że będę czekać z wielką niecierpliwością! I jeszcze jeden plus-okładka:-) 

Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich - Małgorzata Gutowska-Adamczyk




niedziela, 18 listopada 2012

Łódzkie księgarnie - Odkrywcy

Sporo ostatnio czytam, sporo książek przybywa na półce,  a tym samym w kolejce czekają recenzję. Mam za sobą lekturę najnowszej powieści Małgorzaty Gutowskiej- Adamczyk - Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich. Postaram się jak najszybciej napisać kilka słów o tej książce, bo naprawdę warto. W międzyczasie zgłosiłam się do wyzwania czytelniczego, które zaproponowała Padma z Miasta Książek, czyli miesiąc z Jane Austen i właśnie włożyłam do torebki "Emmę". A przed snem przenoszę się w do ziemiańskich dworków i wiem, wiem miało być właśnie o tej książce, ale muszę koniecznie pokazać Wam niezwykłą księgarnię, która jest właściwie kawiarnią - księgarnią i ma niesamowity klimat:-) 

W Polsce coraz bardziej popularne stają się księgarnie, w której oprócz kupna książki, można po prostu wypić kawę i poczytać. W całej Europie jest ich coraz więcej. Łódź nie jest zagłębiem czytelniczym, nie możemy pochwalić się zbyt wielkim rynkiem księgarskim. Dlatego tym bardziej cieszą takie miejsca, które swoim wyglądam, ale i księgozbiorem powodują, że nie chce nam się wychodzić i moglibyśmy spędzić tam cały dzień. 

Na mojej ulubionej łódzkiej ulicy - czyli Narutowicza znajduje się księgarnia historyczna Odkrywcy. 
( Narutowicza 46)

Specjalizuje się ona w księgozbiorze historycznym i zaskakuje ilością zbiorów. A że ułożone są jak na domowej półce to chcemy w nim szperać i szperać. I nie musimy się martwić, że księgarz będzie nam patrzył na ręce, bo obsługa jest przemiła i bardzo kompetentna.




Kawowy kącik, wygodny fotel i mnóstwo książek...czego chcieć częściej:-))
 

Księgarni Odkrywcy daleko do typowych sieciówek, jest przytulnie, cicho, nic nie rozprasza naszej uwagi, żadna niepotrzebna muzyka i reklamy. 


Sam wystrój nawiązuje do charakteru księgozbioru, stare kufry, plakaty, przedmioty nadają wnętrzu klimat. 




Właściciele wypracowali własny układ książek na półkach, bardzo czytelny dla klientów. Jak sami mówią, mają swoich stałych bywalców, śmieją się nawet, że niektórzy powinni mieć w książkach zakładki. 
Mnie samej udało się upolować niezwykle cenną pozycję do mojej pracy doktorskiej:-) Jak mnie zapewniano, istnieje możliwość sprowadzenia książek na specjalne zamówienie. Dla każdego historyka czy miłośnika historii to idealne miejsce. Polecam!

niedziela, 11 listopada 2012

Stary Doktor





 "Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak się to robi"
                                                                            Janusz Korczak

Mamy rok Janusza Korczaka. Co to oznacza w praktyce? Z tego co zauważyłam do prasy fachowej przysyłanej do szkół, pojawiają się plakaty przedstawiające osobę Doktora, propozycję lekcji, prelekcji itd. Cieszy mnie przypomnienie tej osoby, jakby zapomnianej przez ostatnie lata. Corocznie staram się na swój sposób uczcić obchody. Joanna Olczak- Ronikier napisała niezwykłą biografię -  "Korczak Próba biografii. Za pomoc służył jej przede wszystkim pamiętnik Doktora, w którym nakreślił plan autobiografii oraz wydana zaraz po wojnie książką jej matki- Hanny Mortkowicz - Olczak, która znała Korczaka osobiście, bowiem Mortkowiczowie  byli wydawcami książek Doktora i często bywał u nich w domu.

                              

Znając tragiczny finał życia Korczaka, można zastanawiać się, dlaczego tak zdecydował. W końcu Niemcy dawali mu szansę ocalenia, on jednak nie zostawił swoich dzieci...poszedł z nimi. Ta książka rozwiewa wszelkie wątpliwości. Korczak nie mógł postąpić inaczej, teraz to zrozumiałam i wiem,że to była jedyna słuszna decyzja.
Nigdy nie ułożył sobie osobistego życia, nie założył rodziny, nie związał się z nikim na stałe, odludek, sceptyk, racjonalista, mason. To dosyć znane fakty z jego życia. Należy pamiętać, że stworzył niezwykły system wychowawczy, który funkcjonował w prowadzonych przez niego sierocińcach (jak choćby sądy dziecięce). Początkowo pełen entuzjazmu, który stopniowo zaczął gasnąć wraz z nadejściem I wojny światowej. Pierwsze problemy, bieda, trudności w zapewnieniu dzieciom podstawowych warunków do życia nasiliły się w czasie II wojny, a sam Korczak popadał w stany depresyjne. To co mnie uderzyło, to jego samotność w tłumie. Najbliższa współpracownica - Stefania Wilczyńska,  z którą przez lata prowadził Dom Sierot nie potrafiła nawiązać z nim bliższych relacji. Książka Olczak - Ronikier jak sam tytuł wskazuje jest próbą biografii, autorka pozostawia czytelnikowi miejsce na własną refleksję i domysły. Nie wnika w psychikę Doktora, to można samemu wyczytać z fragmentów Pamiętnika. Pozwala jednak poznać nam go lepiej. Nie koloryzuje, pokazuje słabości i to jeszcze bardziej pozwala dostrzec jego wielkość. Co spowodowało taki wybór drogi życiowej - być może wyrzuty sumienia. Nienarodzone dziecko, które miał przypadkową dziewczyną?

   

Olczak-Ronikier zarzucane są zbyt rozległe opisy wydarzeń historycznych, w pewnych momentach rzeczywiście zaburzają tok biografii, ponadto charakterystyka masonerii też pozostawia wiele do życzenia, jednak te drobne wpadki nie zaniżają mojej oceny książki.


   


Zachęcam Was do obchodów roku Janusza Korczaka. Może przeczytanie biografii jest dobrym sposobem?
Joanna Olczak-Ronikier
Korczak
Próba biografii
Wyd. W.A.B. 2011 r.  

Następnym razem zaproszę Was do XIX -wiecznych dworków ziemiańskich. Jeśli macie ochotę poznać zwyczaje mieszkańców to zapraszam do Literackiego Zakątka:-)